Integracja cz. II: Dream a little dream

Udostępnij

Młody, zbieraj się! – Franciszek wydarł się, z dezaprobatą spoglądając na swojego podwładnego. Chyba wypiłeś odrobinę za dużo…

Bar niedaleko rynku okazał się idealnym miejscem na kolejną część zabaw integracyjnych z pracownikami. Integracja okazała się na tyle owocna i intensywna, że Kasia zasnęła przy stole bilardowym i zapomniała gdzie mieszka, więc do domu odwiozła ją taksówka a Dawid nie chciał odkleić się od mikrofonu podczas wątpliwej jakości występów na karaoke. Franciszek zaś, przypatrywał się temu z niedowierzaniem, sącząc z kufla kolejne piwo. Nie wiadomo, które z kolei. Dawno już przestał liczyć, bo jego głowa była niewiarygodnie odporna na ilość spożytych procentów. Właściwie nigdy nie było ich za dużo, zawsze w sam raz, by poprawić nastrój ale następnego dnia być w doskonałej formie. 

Jeszcze rozchodniaczek, szefuńciu! Jest pan taki super! Może brudzia? – podpitym głosem zapytał Dawid, lekko tracąc równowagę, mimo że cały czas stał w jednym miejscu. A raczej próbował. 

Sam sobie pij brudzia, dzieciaku. Prędzej w lipcu spadnie śnieg, niż będziesz mi mówić po imieniu. I chodź, już na prawdę za dużo wypiłeś. 

-Dobra, dobra. Przecież już idę. Co się nagle zrobił z pana taki sztywniak? Zero poczucia humoru

Za to mam poczucie taktu, którego tobie jak widać, bardzo brakuje. – odparł Franciszek zakładając na siebie płaszcz. Czekam na zewnątrz – podsumował, zamykając za sobą drzwi. 

Minął kwadrans a młody nadal nie pokazywał się na horyzoncie. Franciszek odpalił drugiego papierosa i zobaczył, jak z baru próbuje wydostać się Dawid. 

Co ty tam robiłeś tyle czasu, człowieku? Czekam i czekam

A nic, byłem w toalecie i jakiś miły dresiarz zaproponował mi papierosa, mówił, że jakiś egzotyczny. Ale jakoś dziwnie smakował i strasznie dusił – podsumował chłopak, w ciemności nie widząc, że Franciszek zzieleniał ze złości. 

Czyś ty do reszty zwariował? Przecież to nie były papierosy! Nie wiesz, że sformułowanie „miły dresiarz” to oksymoron?– warknął pod nosem, biorąc Dawida pod łokieć. Już, ruszaj się. Taksówka będzie za 10 minut. – powiedział ruszając przed siebie. 

Drogę przebiegłaby bezproblemowo, gdyby nie to, że Dawid śpiewał w drodze wszystkie przeboje zasłyszane w radio. „Anna Maria”, „My way”, „Ona tańczy dla mnie” i „Poker Face” wykończyły Franciszka. Wysadził Dawida przy przystanku autobusowym na przeciwko domu chłopaka, mając dość jego głosu (także dlatego, że nagle Dawidowi zrobiło się dziwnie niedobrze), poinstruował go, że ma wrócić prosto do domu i pojechał do siebie. Dawid szedł uliczką, grzecznie zmierzał w stronę klatki schodowej, gdy nagle zobaczył coś dziwnego…

W pierwszej chwili wydawało mu się, że to koń, poźniej wyglądało trochę jak minotaur, Voldemort albo klaun a na końcu z jednego zrobiło się trzy i wygadało wtedy, jak Nazgûle, czyli Upiory z tolkienowskiego „Władcy Pierścieni”. W dodatku to coś, ewidentnie chciało go zaatakować. A co gorsza, na pewno chciało ukraść nowego iPhone’a, którego schował w kieszeni jeansów. 

Matko kochana, co to jest?! – zapiszczał chłopak, mając wrażanie, że nie znajduje się już przed swoim domem. Otoczenie wyglądało bardziej jak Moria albo Isengard (taka mała wskazówka: dzień wcześniej Dawid skończył czytać „Władcę Pierścieni” i wcale nie sugeruję, że miało to jakikolwiek związek…). 

Nagle głowa Dawida wykazała się (w jego mniemaniu) przebłyskiem niewiarygodnego intelektu. Postawił plecak na ziemi i wyciągnął z niego trzy butelki gazów pieprzowych, które kupił dziś przy okazji zaopatrzenia dla szefa. Jeden miał podarować dziewczynie, drugi swojej mamie, a trzeci zostawić sobie. 

Dobra, idę na całość. Któryś musi zadziałać! Proszę, niech zadziała!  – powiedział roztrzęsiony chłopak, zupełnie ignorując fakt, że dziwny stwór, który był już coraz bliżej niego i łypał na niego swoimi ślepiami, nagle zaczyna szczekać i warczeć. 

Aaa! To gryzie! – krzyknął łapiąc się za udo i skierował pierwszą buteleczkę w stronę stwora. Nic nie zadziałało, jedynie na moment potwór przestał wydawać te dziwne dla Dawida dźwięki. Ale nie uciekł. Nadal groźnie warczał. Druga butelka wypadła mu z ręki. Już chciał wykorzystać trzecią, gdy nagle ktoś wyrwał mu ją z ręki. 

No już, jazda stąd! – usłyszał głos Franciszka a następnie pisk okiełznanego już potwora. Gaz się sprawdził. 

Dobra Dawid, chodź do domu. Dobrze, że zawróciłem. Chciałem mieć pewność, że wrócisz do domu w nienaruszonym stanie. – powiedział Franciszek biorąc Dawida pod rękę.

Ale szefie, co to było? Jakiś kosmita! – wykrzyknął przerażony chłopak wskazując palcem przed siebie, w ciemność, w której zniknęło to niezidentyfikowane stworzenie. 

Wielki pies to był, chłopaku. Nie pamiętasz jak dwa dni temu Kasia wspominała, że po twoim osiedlu błąka się bezpański pies, który atakuje przechodniów, prawdopodobnie nie jest szczepiony i pogryzł już troje dzieci bawiących się nieopodal placu zabaw? – odpowiedział Franciszek. 

O Boże. Jak dobrze. Co za ulga! Znaczy nie dobrze. A który gaz zadziałał? – zapytał zdezorientowany Dawid.

Nie zadziałałby żaden, gdyby mnie tu nie było. Dobrze, że miałeś ze sobą gaz, ale musisz wiedzieć, jak go użyć. A który zadziałał? Ten najlepszy do ochrony przed niebezpiecznymi zwierzętami – SHARG GRIZZLY, oczywiście. – powiedział Franciszek z dumą podrzucając buteleczkę w dłoni. Dobra, a teraz idź spać. I nie pal więcej egzotycznych papierosów, bo żaden z ciebie Frodo Baggins. I postaraj się zapamiętać: nie przyjmuję jutro zwolnień na telefon. Przychodzisz do pracy na kacu i koniec. Bez dyskusji. – dało się słyszeć monolog Franciszka, który ucichł równocześnie z trzaśnięciem drzwi od mieszkania chłopaka. 

 

Ogromne podziękowania dla Artura Ł, który zainspirował mnie do napisania tego odcinka o przygodach naszych bohaterów. Dziękuję 🙂 

Udostępnij

Author: Taktyczna Mama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.